Archiwum kategorii ‘Wszystkie’

Medytacja…

19 sierpień, 2009

…nad metaforyczną kartką papieru.

Wczoraj wspominałem sobie jak to było ciekawie pisać coś na kształt pamiętnika. Tak zupełnie dla siebie, bez zastanawiania się co może ktokolwiek pomyśleć po przeczytaniu tego, co spisałem. Było to dla mnie odskocznią i zaworem bezpieczeństwa. Zapewniało mi przestrzeń w której nie ponoszę konsekwencji za spisane słowa. Z blogiem jest troszkę inaczej. Nawet jeśli nie ma się stałej ‘publiczności’, należy liczyć się z każdym słowem… ważyć każde zdanie. Już pomijając odpowiedzialność za ogólną formę poprawnej wypowiedzi, składnię, ortografię czy interpunkcję (jeśli uważasz, że interpunkcja jest nieistotna, przeczytaj na głos np. swoje rozmowy z gadu-gadu). Jeśli przelewasz słowo na nośnik (obojętnie czy jest to internet czy kartka papieru), jesteś odpowiedzialny za każdy znak. A w moim przypadku, mimo że nie mam wpływu na to, kto przeczyta moje wynurzenia ani jak na nie zareaguje, czuję się zobligowany do dbania o każdą kropkę i kreskę. Stąd moje medytacje nad metaforyczną kartką papieru, którą  w tym przypadku jest ‘Ćwiartka’… mój blog.

Godzinę temu, przeczytałem wszystko to, co do tej pory udało mi się opublikować. Ilościowo jest tego tak zatrważająco mało, że prawie nie warto zawracać nikomu głowy tak znikomym materiałem, ale za to jakościowo – uważam, że udało mi się zadbać o każdą kropkę i kreskę. To jest główny powód tak sporadycznego pisania – dopieszczenie wszystkiego zajmuje więcej czasu niż jestem gotów go dobrowolnie poświęcać. Drugim powodem jest to, o czym pisałem na początku a mianowicie poczucie odpowiedzialności za treść i formę wszystkiego co napisałem i opublikowałem. Odpowiedzialności – której nie znałem pisząc w kalendarzu/notatniku, wiedząc, że nikt tego nie znajdzie, a jeśli znajdzie to prawdopodobnie i tak się nie rozczyta. Odpowiedzialności – która powstrzymuje mnie od publikowania czegokolwiek, co mogło by wprowadzić czytelnika w zły humor lub też zasmucić go lekko. To właśnie unikanie tej odpowiedzialności pchnęło mnie w kierunku publikowania jedynie przepisów kulinarnych – które i tak są dostępne w przepastnych czeluściach internetu. Powoli jednak dociera do mnie, że jeśli moja pisanina ma mieć jakiekolwiek znaczenie – nie będzie niczym złym lub niestosownym, jak wzbudzi emocje w czytelniku. Nawet jeśli będą to emocje uważane ogólnie za negatywne, takie jak smutek czy złość. To właśnie emocje, które uda mi się wzbudzić w czytelniku, staną się ważne dla niego/niej i sprawią, że czas poświęcony na czytanie, nie zostanie zakwalifikowany do kategorii: ‘zmarnowany’.

Targany tymi trochę sprzecznymi myślami, które można by podsumować prostą parafrazą: ‘Pisać, czy nie pisać… Oto jest pytanie’, bardziej skłaniam się ku ‘pisaniu’. Nie wiem czemu akurat dziś, poruszony zostałem do głębi fragmentem z mojego własnego bloga. Z powodu (może i niesłusznego) skojarzenia, pchnąłem sam siebie w bliskie okolice współczesnego emocjonalnego ekshibicjonizmu – jakim jest pisanie owego bloga. I wygląda na to, że mimo liczenia słów i ważenia każdego zdania – będę w stanie wykrzesać z siebie na tyle odwagi aby pisać bardziej osobiście i bardziej emocjonalnie…

Fragment bloga o którym wspomniałem, który tak mnie poruszył, jest dość niepozorny. W zasadzie, składa się ze słowa i jego definicji:

“quarter (ang.) – (fourth part) – ćwierć, ćwiartka; czwarta część;”

Tylko wtedy… prawie trzy lata temu oznaczało to zaledwie czwartą część setki. Podświadomy komfort psychiczny, ciągiem pochopnych skojarzeń, pchał mnie w kierunku myśli, które głaskały po główce moje lęki o przemijaniu szepcząc im, że jeszcze trzy czwarte aby zdążyć… nadrobić… uzupełnić… skupić się i dokonać czegoś w końcu.

Rzeczywistość jest jednak nieubłagana. Chociaż zbytnim pesymizmem było by stwierdzenie, że moja Ćwiartka setki, może okazać się połówką życia mojego, to jednak nie mogę się otrząsnąć z szoku. A co jeśli nie uda się dożyć drugiej Ćwiartki? Jestem za młody aby o tym myśleć a jednak…

… a jednak pamiętam kiedy, jak i gdzie zaczynałem pisać tego bloga. Pamiętam wyraźnie, jakby to było w zeszłym tygodniu, ale jednak było to prawie 3 lata temu. Ile lat minie, jeśli znów opuszczę gardę na tą ‘chwilkę’. Czy nie zmarnuję tego czasu? Jaki fragment z ’setki’ uda mi się wypełnić?

Nieważne czy będą to niecałe dwie ‘ćwiartki’, czy też cztery ‘ćwiartki’ (może i z przechodem jak zdrowie pozwoli). Prawda jest taka, że mamy mniej czasu niż nam się wydaje. I teraz, właśnie w tej chwili – wskazuję na Ciebie Czytelniku/Czytelniczko, i pytam: Jak Ty wypełnisz ten czas? Ogarniesz się? Zdążysz? Nadrobisz? Ile ‘Ćwiartek’ będziesz potrzebował? Czy też zorientujesz się jak już będzie za późno?

Nie gniewajcie się na mnie za ten prawie osobisty atak i pokazywanie paluchami. Kieruję te słowa przede wszystkim do siebie. Jako do pierwszego który je czyta (sam nie byłem pewien gdzie mnie te medytacje poniosą) i jako tego, który wroci do nich więcej niż raz (chociażby żeby sprawdzić i poprawić szalenie ważną interpunkcję).

Eh… jutro jadę na długo planowany urlop. Był tak długo planowany, że niestety przestał cieszyć już jakiś czas temu. Ale wiem, że będzie to udana wyprawa i, że zacznie cieszyć, dopiero drugiego dnia – kiedy się zacznie na dobre. Dlatego też, z powodu wyjazdu, nie wrócę do bloga przez najbliższe 2 tygodnie. Mam nadzieję jednak, że wpis dzisiejszy będzie dla mnie tak samo ważny po powrocie, jak na dzień przed wyjazdem. I, że uda mi się wrócić tu dość szybko. Jest tyle rzeczy które warto opisać swoimi słowami… Chciałbym następny wpis zacząć od nawiązania do filmu który oglądałem jakiś czas temu…

…ale o tym napiszę następnym razem.

Jak upiec chleb? Prosty przepis:

26 luty, 2009

Wielokrotnie zastanawiałem się nad pytaniem: “Czy ciężko jest samodzielnie zrobić chleb?” Otóż okazuje się, że nie. Jest to dość łatwe choć czasochłonne (dużo czekania na wyrośnięcie ciasta). Przepis dostałem od kucharza z wykształceniem i pasją do gotowania, praktykującego w swoim zawodzie. Aby dać Wam miarę jak bardzo wierzę w kompetencje Grzesia (bo to on jest owym kucharzem), to nie zwątpiłbym w niego nawet jeśli powiedziałby, że potrafi przyrządzić kamienie.

Oto przepis:

Składniki:

  • 1 kg mąki przennej (ok. 2.50 zł);
  • 200 g mąki żytniej (5 zł za kg więc ok 1 zł);
  • 0,7 l ciepłej wody (nie za gorąca – taka do której można spokojnie włożyć rękę;
  • 0,3 l piwa (2 zł);
  • 5 dkg drożdży (0.40 zł);
  • 1 stołowa łyżka soli;
  • odrobina margaryny do pieczenia – masło również się nada.Chleb - składniki i narzędzia.

Na zdjęciu jest prawie wszystko co jest potrzebne – zaznaczam, że z widocznej tu 10 dkg kostki drożdży dajemy połowę.

Opcjonalnie potrzebne będą: ziarna (np. pestki dyni, słonecznik itp.), roztrzepane jajko do posmarowania z wierzchu, trochę mąki orkiszowej (ok 100 g) jeśli ktoś lubi bardziej kwaskowy chleb, prażona lub zeszklona cebulka – co do przyprawienia chleba ogranicza Was jedynie wyobraźnia.

Z narzędzi najważniejsza jest odpowiednio duża miska – w której to ciasto będzie mogło przynajmniej dwukrotnie powiększyć swoją objętość. Oprócz tego formy do pieczenia. Ja używam dwóch dużych keksowników ale przyznam się, że piekłem chleb również w garnku Tefal Ingenio.

Sposób wykonania:

Do miski wlewamy wodę i piwo, dodajemy drożdże. Najłatwiej odrywać widelcem małymi kawałkami od kostki. Mieszamy dopóki się całe nie rozpuszczą. Dodajemy resztę składników i mieszamy ciasto ręką. Jak już wszystkie składniki rozmieszają się i tworzą w miarę jednolitą masę, zarabiamy ciasto tak, jak byśmy chcieli je napowietrzyć – ruchem nagarniającym od spodu. Konsystencja ciasta przypomina trochę bardzo gęste ciasto naleśnikowe.

Ciasto w misieTakie oto ciasto przykrywam szmatką i zostawiam do wyrośnięcia na około 1 godzinę. Polecam kontrolować ciasto raz na jakiś czas gdyż może wyrosnąć ponad misę i rozlać się po blacie. Po tym czasie – ciasto powinno podwoić swoją objętość:

Ciasto po urośnięciu

Można teraz przygotować keksownik (czy też inną formę) wysmarowując ją po brzegi margaryną do pieczenia. Jak wspomniałem wcześniej, masło też się nada – jednak chleb może bardziej przywrzeć do formy. Teraz trzeba zarobić ciasto w misie i podzielić je po równo do form. Dobrze, jeśli ciasto przełożone do formy, zajmuje ją do połowy wysokości, ponieważ znów należy odstawić je do wyrośnięcia. Po około godzinie ciasto będzie gotowe do pieczenia, dlatego polecam na 15 minut przed tym czasem nagrzać piekarnik do 170 stopni Celcjusza.

Chleb wyrośnięty w formie.

Teraz można posmarować ciasto po wierzchu, roztrzepanym jajkiem i można wstawiać do piekarnika.

Ja dysponuję elektrycznym piekarnikiem z termoobiegiem, więc podane tu czasy i temperatury polecam dostosować do sprzętu którym dysponujemy. Najskuteczniejsza jest tu zwykle metoda prób i błędów.

Pierwsze 25-30 minut pieczemy bez termoobiegu! Po tym czasie należy ostrożnie wyjąć chleb z formy, jeśli wszystko poszło dobrze – bochen powinien lekko dać się wyjąć. Włożyć z powrotem do piekarnika i piec następne 20-25 minut. Chleb który piekłem dziś prezentuje się tak:

Gotowy chleb

Jeśli wolicie ciemniejsze pieczywo – dajcie więcej mąki żytniej, Zachęcam też do eksperymentowania z dodatkami. Muszę też w tym miejscu przyznać, że przyciśnięty brakiem niektórych składników – upiekłem chleb z 1 litra wody, małej kostki drożdży i 1kg zwykłej mąki. Był biały i wyrósł trochę mniej niż zwykle – ale nadal był smaczny.

Z powyższego przepisu wychodzą dwa duże chleby które bez dodatków konserwantów czy spulchniaczy, zachowują świeżość przez około tygodnia. A nawet po tygodniu – wychodzą z nich pyszne chrupiące tosty.

Pozostaje mi tylko przeprosić za słabą jakość zdjęć, gdyż mam trochę mało światła w kuchni a nie dysponuję na razie moim statywem. Może odważę się kiedyś zrobić z tego film. Pozdrawiam!

Moja “Misja Metallica” cz.1

10 czerwiec, 2008

Opowieść, o mojej trzeciej wyprawie na koncert mojego ulubionego zespołu, wypada zacząć już w styczniu, gdy data koncertu, czyli 28 maj 2008, była jeszcze odległą i mglistą przyszłością. Już wtedy wiedziałem, że pojadę na ten koncert, lecz nie wiedziałem ile pułapek na mnie czeka po drodze. Ile błędów przyjdzie mi popełnić i jak bliski będę od odpuszczenia sobie wyjazdu w ogóle.

Zamiast rzucić się na bilety, jak tylko usłyszałem o koncercie, zacząłem namawiać znajomych, szukać ekipe, tak aby móc w wygodny i w miarę oszczędny sposób, Szmuglerowozem, udać się w trasę Szczecin-Chorzów-Szczecin. Namówiłem Stacha, na funkcję kierowcy i oprócz mnie, miałem 7 wolnych miejsc. Skompletowanie zainteresowanych koncertem nie trwało długo. Już po 3 tygodniach wiedziałem z kim i jak będę podróżował. Miałem właśnie zamawiać bilety dla siebie i dla kolejnych 4 osób… Nie wiedziałem jednak, że na ponad 3 miesiące przed koncertem, bilety zostaną wyprzedane. Użyłbym tu jakiegoś porównania, ale nawet świeże bułeczki nie rozchodzą się tak szybko.

Wyprawa, zanim na dobre się rozpoczęła… zaczęła się ’sypać’. Po tym jak myślałem, że udało mi się zamówić bilety przez livenation.pl okazało się, że sklep wysyłkowy nie odzywa się do mnie tylko dlatego bo biletów już nie ma, a ja nie zauważyłem tego faktu w formularzu zamówienia.

Wszyscy Ci którzy mieli jechać a biletów nie mieli, zrezygnowali. A ja prawie codziennie śledziłem poczynania koników na allegro . Ceny sugerowane (najwyższa znaleziona na płytę boiska to 450 PLN) nie nastrajały optymizmem…
CDN.

Kurczak w sosie słodkokwaśnym.

10 marzec, 2008

Wpałem właśnie na pomysł jak odświeżyć w sobie chęć pisania i publikowania czegokolwiek. Dosyć mi już ’smęcenia do szuflady’.

Poniższy przepis dedykowany jest dowolnej osobie która przy niskim nakładzie środków i czasu ma chęć sama zrobić sobie obiad a nie jest urodzonym mistrzem sztuki kulinarnej. Zresztą, każdy przepis  który tu umieszcze, będzie właśnie w takim tonie. Zaznaczam też, że nie mam wiele doświadczenia jako kucharz i większość rzeczy które umiem przygotować, podpatrzyłem w domu lub u innych gotujących osób zbliżonych mi wiekiem. Nie wstydzę się przyznać, że korzystał będe z pewnych gotowych produktów, które można nabyć w każdym spożywczym pod postacią proszkową lub słoikową. Przynajmniej dopóty dopuki nie nauczę się robić je samodzielnie.

Kurczak w sosie słodko-kwaśnym (danie dla 1 osoby):

Składniki:

  • Pół piersi z kurczaka (ok. 2.50)
  • Sos słodko-kwaśny Łowicz w dużym słoiku (ok 5.00).
  • Ryż Sonko (ok. 2.50)
  • Olej do smażenia
  • Płaska łyżeczka soli
  • Przyprawy do smaku – choć należy pamietać, że sam sos jest już w sumie stosownie przyprawiony

Narzędzia: Garnek, patelnia, łyżka do mieszania, nóż (czyli wszystko to czym powinien dysponować student =p )

Zaczynamy od wstawienia wody w garnku na zagotowanie ryżu (gdyż trwa to zdecydowanie  najdłużej). Wodę solimy i niech się spokojnie gotuje. Na drugi palnik (na małym gazie) wstawiamy patelnię i na niej grzejemy jedną lub dwie łyżki oleju. W tym czasie kroimy pierś z kurczaka na kostkę lub paski. Jeśli patelnia jest już rozgrzana, wrzucamy kurczaka i mieszamy tak aby oddzielić od siebie kawałki i nie dopuścić do przypalenia mięsa z jednej strony.

W trakcie smażenia woda powinna już się gotować. Wrzucamy do garnka woreczek z ryżem i przykrywamy pokrywką. Polecam zerknąć na zegarek i gotować ryż ok 15-20 minut gdyż może być twardy, jeśli gotować się będzie zbyt krótko.

Jeśli mięso jest już gotowe, a poznajemy to próbując kawałek lub przynajmniej rozkrajając go na pół – w środku powinien mieć kolor białego mięsa, możemy zmniejszyć trochę gaz i dodać pół słoika sosu cały czas mieszając. Całość podgrzewamy ok. 3 minut.

Gdy ryż jest już ugotowany, wyławiamy woreczek, studzimy go chwilę pod zimną wodą i wykładamy na talerz. Dodajemy sosu z patelni i voila – danie gotowe. Do tego pół lampki Antares Merlot 2005 i satysfakcja gwarantowana.

Mi wykonanie całość zajęła 30 minut bez specjalnego pośpiechu. I licząc, że nie zużyłem wszystkich produktów, koszt wykonania szacuję na ok. 6 złotych.

Przeprowadzkowe porządki.

22 wrzesień, 2007

Nie chwaliłem się jeszcze, że już mieszkam na nowym (tak dokładnie to od środy 12.09.2007). Jest to jeszcze dość surowe mieszkanie ale będąc tam cały czas – mam więcej okazji na podłubanie przy remoncie przez co przyśpieszyłem nieco. Zdjęcia z nowego będę w końcu musiał opublikować ale dziś pisze z okazji porządków. Znalazłem tyle zapomnianych, kuriozalnych i zupełnie niepotrzebnych papierów i przedmiotów, że aż sam się sobie dziwie, że miałem to w pokoju. Inne nie mniej dziwaczne ciekawostki były mi znane ale dopiero teraz zabrałem się za uporządkowanie ich. Dobrym przykładem będzie tu szuflada z kapslami. Zdjęcia szuflady i jej zawartości wrzucę później gdyż właśnie wracam do siebie (piszę od rodziców bo na nowym nie mam jeszcze internetu), ale przeliczyłem jej zawartość:

116 kapsli Lech Mocny

19 kapsli Warki Strong
17 kapsli Tyskiego, tyleż samo Lecha Zielonego

2 kapsle Żywca i tyle samo Bosmana

i po jednym:Okocim Palone, Carlsberg, Redds, Żubr i Warka Jasna

Na swoją obronę powiem, że większość z w/w zapasów spożyłem w towarzystwie.

Aaa. Dochodzą do tego jeszcze zakrętki od wódki których było 41 sztuk z czego 14 od Rudej i 22 Pana Który Kończył Szkoły.

Nie pamiętam jaki był cel zbierania owych kapsli, ale ważny jest fakt, że trafiły w końcu do śmietnika. Razem z innymi nieprzydatnymi przedmiotami które uzbierałem przez lata. Ciekawe co jeszcze znajde w dalszych etapach sprzątania.

To zły znak jest…

23 lipiec, 2007

… jak pęka dyżurny, biurkowy otwieracz do piwa. Istnieją tylko dwa wytłumaczenia:

1. To był jego czas i osiągnął odpowiednią ilość “otworzeń” aby dokonać żywota.

2.  Jako materiał promocyjny firmy której nadruk był z drugiej strony, potwierdził, że produkty tej firmy nie nadają się do użytku.

Otwieracz - ujęcie 1

 Otwieracz - ujęcie 2

Ktokolwiek widział? Ktokolwiek wie?

24 styczeń, 2007

Znając wcześniejsze dokonania panów z Tenacious D, nie moge się doczekać aż zobacze ten film – chociaż nie spodziewam się, że pojawi się u nas kinach =P
Trailer:

— taaak.. tu miał być trailer filmu ‘Pick Of Destiny’ lecz nie wiem jak wkleić zagnieżdzoną przeglądarke (embed po prostu nie działa) —

Zaraz wracam…

28 listopad, 2006

…może właśnie dlatego zajął dwa miejsca na parkingu. Zrobione parę dni temu. Wybaczcie jakość ale zrobiłem je w pośpiechu, jedną nogą wsiadająć już do autobusu.

BRB

 

Uwięziony w Świnoujściu!

27 listopad, 2006

Tak naprawde, to nie uwięziony – a w pracy (co wychodzi na to samo!). Tylko co to za pracowanie, jak nie mam tam w co ręki włożyć? Przywiozłem ludzi do pracy i czekam aż skończą aby odwieźć ich do domu. Transport jest potrzebny ponieważ nie ma tych ludzi już gdzie zakwaterować. Ja mam tu parę spraw do załatwienia ale uwinę się z nimi w 30 minut. I co dalej? Spacerować do 16.20? Muszę się zająć czymś czasochłonnym aż do fajrantu. Na początek padło na kawiarnie internetową…

- Tylko co to za kawiarnia bez kawy, “pytam oczywiście! Kawiarnie bez kawy są na mojej czarnej liście!”

Oprócz tego zjem coś i na spacer nad morze sobie pojdę. Praca całkiem przyjemna, prawda? Tylko na dłuższą metę, chętnie zamieniłbym się z kimkolwiek kto ma przed sobą jasno postawione cele, jakieś zadanie do wykonania np.

- Wykopać dół od tego miejsca do 16 tej! (cytując Wojskową Teorię Czasoprzestrzeni)

Nieraz zazdroszcze ludziom, którzy na koniec dnia pracy widzą efekty swoich działań (ale to tylko czasem =P ). Mnie czeka oglądanie efektów mojej pracy dopiero jak będę ‘Na Budowie’.

Przy okazji, chciałem opowiedzieć jeszcze, jak to czasem posługując się tym samym językiem obcym, ciężko się dogadać. Wchodząc na robotę z ludźmi aby zrobić kilka zdjęć do dokumentacji, zostałem zaczepiony przez szefa obsługi (crew officer) który był rosjaninem lub jakimś innym sąsiadem ze wschodu. On po angielsku i ja po angielsku ale jakoś nie mogliśmy się dogadać.

- Who gave you permission to come on board? – zagaduje.

- Do I need permission? I’m one of the owners of the company that is refitting the ship.

- The owner? The owner is norwegian. We can talk to the captain. – odpowiada mi wyraźnie nie rozumiejąc.

- You don’t understand. My people repair the ship.

- No. We have a company to repair the ship. – Już wtedy nie miałem wątpliwości, że mnie nie zrozumiał.

- I’m one of the owners of the company. – Odparłem tak prosto jak się dało, lecz widząc niezrozumienie w oczach, dodałem: – I am the owner of the workers!

- Aaaahh. – Uśmiechnął się i pokiwał głową. Na zgodę udałem się do oficera pokładowego (deck officer) po przypinaną przepustkę z napisem VISITOR.

I pomyślałem: “Owner of the workers”? – Prościej nie dało się powiedzieć ale co to oznacza! Jestem właścicielem robotników? Hehe – prawie jak handel niewolnikami. No ale najważniejsze, że się dogadaliśmy i że jestem bogatszy w nowe doświadczenie. A korzystając ze słownika internetowego www.ling.pl przypomniałem sobie parę słówek:

prezesn masc C chairman; president; director;

zamiennie mógłbym używać jeszcze: boss; menager. Choć najlepiej oddawałby mój faktyczny status w firmie: second in command; assistant menager; representative of chief executive. Ale chyba nigdy nie dogadałbym się z szefem obsługi. =p

Z myślą o późnym śniadaniu, spacerze nad morze, potem krótkiej drzemce - z lekkim przymrużeniem oka - kończę tą notke.

Taki ze mnie h4×0r!

23 listopad, 2006

[słuchając Archive - Again]

Znów dostałem reprymendę za to, że rzadko publikuję. Wymyśliłem więc, że napisze o czymkolwiek zwykłym z dowolnie wybranego dnia. Tylko po to aby sprawdzić czy mój ‘czytelnik kontrolny’ (ajt?) nadal pozytywnie oceni pojawiający się tu materiał.

Dziś zainstalowałem kupiony za październikową wypłatę dysk 300GB. Dopiero dziś, bo miałem spokojniejsze popołudnie i  wolną chwilę aby podłubać przy Maszynie. Wiedziałem przecież, że dawno nie odkurzana może mi przysporzyć astmę – lub przynajmniej silny atak kaszlu – jak tylko włożyłbym tam dłonie i czegokolwiek dotknął. Toteż odłączyłem okablowanie, wydobyłem Maszynę spod biurka i ostrożnie zbliżyłem się do niej z odkurzaczem. Piersze warstwy osadu poddały się bez walki, ukazując wnętrze Maszyny – co pozwoliło mi zdemontować prowizorycznie zamontowane dyski. Potem przyszła pora na interwencję suchą szmatką a drobniejsze elementy musiałem przetrzeć pędzelkiem. Potem dokręciłem zbyt głośny wiatrak na płycie głównej i mogłem zainstalować wszystkie elementy z powrotem, razem z nowym ‘nie śmiganym’ dyskiem.

Haxor1

(ten nowy leży po prawej)

[Goo Goo Dolls -Iris (live)]

Najśmieszniejsze jednak jest to, że wszystkie śrubki odkręcałem/dokręcałem przy pomocy… pilnika do paznokci. Przyczyna? Dość prosta!

Wszystkie narzędzia są mi potrzebne przy remoncie, czyli jak ja to nazywam “Na Budowie”. Ale w rezultacie – brak narzędzi nie powstrzymał prawdziwie geek’owego h4×0ra =p

Nie licząc odkurzacza i szmatki poradziłem sobie przy pomocy tych oto prostych przedmiotów (In your face, MacGyver!):

Narzędzia…

[Gardenian - Funeral]

Wnioski:

1) Popędzany przez ‘czytelnika kontrolnego’ – zaczynam publikować.

2) Wpis miał być o czymś ‘zwykłym’ lub ‘codziennym’ a dysków nie instaluje się każdego dnia – przez co nabieram podejrzeń o kolejnej pozytywnej ocenie dzisiejszej notki.

3) Udało mi się wcisnąć wzmiankę o “Budowie”.

4) Prowadzenie dziennika on-line prowadzi do kłopotów i nieporozumień? – Tezę zweryfikować.