…nad metaforyczną kartką papieru.
Wczoraj wspominałem sobie jak to było ciekawie pisać coś na kształt pamiętnika. Tak zupełnie dla siebie, bez zastanawiania się co może ktokolwiek pomyśleć po przeczytaniu tego, co spisałem. Było to dla mnie odskocznią i zaworem bezpieczeństwa. Zapewniało mi przestrzeń w której nie ponoszę konsekwencji za spisane słowa. Z blogiem jest troszkę inaczej. Nawet jeśli nie ma się stałej ‘publiczności’, należy liczyć się z każdym słowem… ważyć każde zdanie. Już pomijając odpowiedzialność za ogólną formę poprawnej wypowiedzi, składnię, ortografię czy interpunkcję (jeśli uważasz, że interpunkcja jest nieistotna, przeczytaj na głos np. swoje rozmowy z gadu-gadu). Jeśli przelewasz słowo na nośnik (obojętnie czy jest to internet czy kartka papieru), jesteś odpowiedzialny za każdy znak. A w moim przypadku, mimo że nie mam wpływu na to, kto przeczyta moje wynurzenia ani jak na nie zareaguje, czuję się zobligowany do dbania o każdą kropkę i kreskę. Stąd moje medytacje nad metaforyczną kartką papieru, którą w tym przypadku jest ‘Ćwiartka’… mój blog.
Godzinę temu, przeczytałem wszystko to, co do tej pory udało mi się opublikować. Ilościowo jest tego tak zatrważająco mało, że prawie nie warto zawracać nikomu głowy tak znikomym materiałem, ale za to jakościowo – uważam, że udało mi się zadbać o każdą kropkę i kreskę. To jest główny powód tak sporadycznego pisania – dopieszczenie wszystkiego zajmuje więcej czasu niż jestem gotów go dobrowolnie poświęcać. Drugim powodem jest to, o czym pisałem na początku a mianowicie poczucie odpowiedzialności za treść i formę wszystkiego co napisałem i opublikowałem. Odpowiedzialności – której nie znałem pisząc w kalendarzu/notatniku, wiedząc, że nikt tego nie znajdzie, a jeśli znajdzie to prawdopodobnie i tak się nie rozczyta. Odpowiedzialności – która powstrzymuje mnie od publikowania czegokolwiek, co mogło by wprowadzić czytelnika w zły humor lub też zasmucić go lekko. To właśnie unikanie tej odpowiedzialności pchnęło mnie w kierunku publikowania jedynie przepisów kulinarnych – które i tak są dostępne w przepastnych czeluściach internetu. Powoli jednak dociera do mnie, że jeśli moja pisanina ma mieć jakiekolwiek znaczenie – nie będzie niczym złym lub niestosownym, jak wzbudzi emocje w czytelniku. Nawet jeśli będą to emocje uważane ogólnie za negatywne, takie jak smutek czy złość. To właśnie emocje, które uda mi się wzbudzić w czytelniku, staną się ważne dla niego/niej i sprawią, że czas poświęcony na czytanie, nie zostanie zakwalifikowany do kategorii: ‘zmarnowany’.
Targany tymi trochę sprzecznymi myślami, które można by podsumować prostą parafrazą: ‘Pisać, czy nie pisać… Oto jest pytanie’, bardziej skłaniam się ku ‘pisaniu’. Nie wiem czemu akurat dziś, poruszony zostałem do głębi fragmentem z mojego własnego bloga. Z powodu (może i niesłusznego) skojarzenia, pchnąłem sam siebie w bliskie okolice współczesnego emocjonalnego ekshibicjonizmu – jakim jest pisanie owego bloga. I wygląda na to, że mimo liczenia słów i ważenia każdego zdania – będę w stanie wykrzesać z siebie na tyle odwagi aby pisać bardziej osobiście i bardziej emocjonalnie…
Fragment bloga o którym wspomniałem, który tak mnie poruszył, jest dość niepozorny. W zasadzie, składa się ze słowa i jego definicji:
“quarter (ang.) – (fourth part) – ćwierć, ćwiartka; czwarta część;”
Tylko wtedy… prawie trzy lata temu oznaczało to zaledwie czwartą część setki. Podświadomy komfort psychiczny, ciągiem pochopnych skojarzeń, pchał mnie w kierunku myśli, które głaskały po główce moje lęki o przemijaniu szepcząc im, że jeszcze trzy czwarte aby zdążyć… nadrobić… uzupełnić… skupić się i dokonać czegoś w końcu.
Rzeczywistość jest jednak nieubłagana. Chociaż zbytnim pesymizmem było by stwierdzenie, że moja Ćwiartka setki, może okazać się połówką życia mojego, to jednak nie mogę się otrząsnąć z szoku. A co jeśli nie uda się dożyć drugiej Ćwiartki? Jestem za młody aby o tym myśleć a jednak…
… a jednak pamiętam kiedy, jak i gdzie zaczynałem pisać tego bloga. Pamiętam wyraźnie, jakby to było w zeszłym tygodniu, ale jednak było to prawie 3 lata temu. Ile lat minie, jeśli znów opuszczę gardę na tą ‘chwilkę’. Czy nie zmarnuję tego czasu? Jaki fragment z ’setki’ uda mi się wypełnić?
Nieważne czy będą to niecałe dwie ‘ćwiartki’, czy też cztery ‘ćwiartki’ (może i z przechodem jak zdrowie pozwoli). Prawda jest taka, że mamy mniej czasu niż nam się wydaje. I teraz, właśnie w tej chwili – wskazuję na Ciebie Czytelniku/Czytelniczko, i pytam: Jak Ty wypełnisz ten czas? Ogarniesz się? Zdążysz? Nadrobisz? Ile ‘Ćwiartek’ będziesz potrzebował? Czy też zorientujesz się jak już będzie za późno?
Nie gniewajcie się na mnie za ten prawie osobisty atak i pokazywanie paluchami. Kieruję te słowa przede wszystkim do siebie. Jako do pierwszego który je czyta (sam nie byłem pewien gdzie mnie te medytacje poniosą) i jako tego, który wroci do nich więcej niż raz (chociażby żeby sprawdzić i poprawić szalenie ważną interpunkcję).
Eh… jutro jadę na długo planowany urlop. Był tak długo planowany, że niestety przestał cieszyć już jakiś czas temu. Ale wiem, że będzie to udana wyprawa i, że zacznie cieszyć, dopiero drugiego dnia – kiedy się zacznie na dobre. Dlatego też, z powodu wyjazdu, nie wrócę do bloga przez najbliższe 2 tygodnie. Mam nadzieję jednak, że wpis dzisiejszy będzie dla mnie tak samo ważny po powrocie, jak na dzień przed wyjazdem. I, że uda mi się wrócić tu dość szybko. Jest tyle rzeczy które warto opisać swoimi słowami… Chciałbym następny wpis zacząć od nawiązania do filmu który oglądałem jakiś czas temu…
…ale o tym napiszę następnym razem.

Takie oto ciasto przykrywam szmatką i zostawiam do wyrośnięcia na około 1 godzinę. Polecam kontrolować ciasto raz na jakiś czas gdyż może wyrosnąć ponad misę i rozlać się po blacie. Po tym czasie – ciasto powinno podwoić swoją objętość:




